Madame Malfoy

czwartek, 29 grudnia 2016

One – shot bez okazji

Oryginalna wersja na Recenzjach, ale dam to też tu, bo why not. XD
Miłego czytania^-^
***
Dla Asi, Karoliny i Blanki

Śmiech zmieszał się ze łzami. Wyszedł jakby spazmatyczny szloch, ale Queenie nie zamierzała się tym przejmować. Nawet nie otarła łez, tylko podwinęła sukienkę i pobiegła, zamykając oczy. W ułamek sekundy później tkwiła już w objęciach Robba. Podniosł ją tak, że zawisła mu na szyi. Rozszlochała się. Robb przytulił ją z całej siły i uśmiechnął się. Pierwszy raz od… Od właściwie nie pamiętał kiedy.
Queenie poczuła, że policzek znów zaczyna ją boleć, ale nie zwróciła na to uwagi. Nie chciała o tym pamiętać. Właściwie to już było nieważne. Ważne było, że w końcu była z Robbem. A jak wszystko się uda, dotrzyma słowa, które dała lordowi Eddardowi. Bardzo chciała je dotrzymać.
— Udusisz mnie — powiedział w końcu Robb, poluzowując uścisk i delikatnie kładąc Queenie na ziemi.
—  Przepraszam — mruknęła i podniosła głowę. — Po prostu… Po prostu nie mogłam się doczekać, aż w końcu cię zobaczę. I wybacz, że tak długo to…
Robb przerwał jej, kładąc dłoń na ustach. Queenie zamilkła i ściągnęla jego rękę. Uśmiechnęła się z naganą. Robb parsknął śmiechem. To na pewno była Queenie, którą pamiętał z Winterfell.
Może tylko mu się wydawało, ale wyglądała na wyższą. Długie, srebrno – niebieskie włosy zachowały swoją niezwykłą barwę, ale ich właścicielka skróciła je do brody. Teraz łagodnie układały się falami. Zielone, lannisterskie oczy nadal niesamowicie się świeciły, a ogniki były tak samo żywe. Czerwona sukienka ostro kontrastowała z włosami, ale to wszystko bardzo przypominało Queenie.
Robb prześlizgnął się wzrokiem na jej twarz. Dziewczyna uśmiechała się, a na jej policzkach widniał lekki rumieniec, który jednak nie był tak wyraźnie widoczny przez puder. Puder… Przecież Queenie z zasady nie używała pudru. Robb zerknął na prawy policzek. Mimo starannego maskowania zauważył śińce.
— Queenie… — Najdelikatniej jak mógł, dotknął go. Przyjaciółka chwyciła jego dłoń i opuściła ją. — Kto…
— Nie teraz, Robb — odpowiedziała i cofnęła się kilka kroków. — Znaczy się… eee, Wasza Miłość.
— Nawet nie waż się tak do mnie mówić, lady Lannister.
Queenie uśmiechnęła się. Brakowało jej przyjaciela. Już w Winterfell, kiedy musiała wyjechać, była chyba najbardziej nieszczęśliwa w życiu. Pomyślała, że raczej nieprędko zobaczy się z Robbem. Później, kiedy jej matka wsadziła lorda Eddarda do lochu, Queenie straciła wszelką nadzieję. Jedynie obietnica, którą dała lordowi Starkowi, podtrzymywała ją w pewności, że kiedyś na pewno spotka Robba z powrotem.
Decyzji, żeby zdradzić swoją rodzinę, nie podjęła ot tak. Mimo wszstko nadal kochała swoją zimną matkę, nawet po tym, jak odkryła prawdę o niej i Jaime’ie. Jego też kochała, ale na pewno nie jak ojca. I pewnie nigdy go tak nie pokocha. Kochała go tylko jako przyjaciela. Kochała też swoją głupiutką siostrę, Myrcellę i naiwnego Tommena. Tak naprawdę, z całego serca nienawidziła tylko Joffreya i może dlatego, kiedy kazał ją zbić ser Merynowi Trantowi, nie zabolało ją to tak bardzo. W każdym razie było warto.
— Robb, słuchaj… — zaczęła cicho. — Tak bardzo mi przykro z powodu Sansy, naprawdę. Nie chciałam, żeby tak wyszło.
— A Arya? Sansa w swoim liście o niej nie pisała.
— Arya? — Nie zrozumiała Queenie. — Przecież uciekła. Powinna być w Winterfell… — zamilkła, z niepokojem obserwując zmieniającą się mimikę na twarzy Robba.
— Winterfell? — powtórzył.
Queenie zrozumiała.
Była pewna, że Aryi udało się dostać na statek. Była pewna, że wystrczająco przeszkodziła rycerzom z Gwardii Królewskiej, ale się pomyliła. Powinnam była osobiście wepchnąć ją na statek i nie odejść, dopóki całkiem nie odbiłby od brzegu — pomyślała i opuściła głowę. Nie chciała, żeby Robb zauważył, jak płacze. Zawiodła. Zawiodła na całej lini. W czym jeszcze jej się nie uda? Jak w ogóle mogła myśleć, że w tej sytuacji kiedykolwiek wyjdzie za Robba?
Po chwili poczuła, jak chłopak podnosi jej głowę i składa delikatny pocałunek na jej ustach. Queenie powinna poczuć się jeszcze gorzej. Powinna, ale nie zrobiła tego. Ja chyba oszalałam — pomyślała. Zarzuciła Robbowi ręce na szyję i stanęła na palcach na tyle, na ile pozwoliły jej obcasy. Po kilku chwilach Robb ją puścił.
— Nie płacz — uśmiechnął się lekko. — Przecież to nie twoja wina.
— Obiecałam… — urwała. Robb nie powinien się o ty dowiedzieć. Nigdy. — Nie, nic nie powiedziałam, dobrze?
— Jak chcesz — odpowiedział Robb. — Ale…
Queenie pokręciła głową.
Nie chciała.
— Nigdy nie byłam w Riverrun — powiedziała i wróciła do swojego konia. Uśmiechnęła się do giermka Robba i pokręciła głową, kiedy chciał jej pomóc wsiąść. Bez żadnego problemu wskoczyła na grzbiet zwierzęcia i usadowiła się w siodle.
— Raczej nie miałaś po co — roześmiał się Robb i wskoczył na konia. — Ścigamy się do bramy?
— Nie znam drogi — pokręciła głową.
— Jest prosta. Nie zgubisz się.
Uśmiech Queenie wystarczył Robbowi za odpowiedź.
Dziewczyna pociągnęła za wodze i obróciła się. Uderzyła konia piętami w boki i pochyliła się. Po kilku sekundach śmiała się głośno. Już nie pamiętała, kiedy czuła się tak beztrosko. Co jakiś czas szarpała za wodze, żeby nie zboczyć za bardzo z drogi. Włosy latały jej dookoła twarzy i wpadały do oczu. Co jakiś czas odgarniała je ruchem dłoni, ale wolała nie puszczać wodzów. Umiała doskonale jeździć konno, ale cwał, w który weszła nieco ją przerażał.
Queenie zobaczyła bramę i wieże strażnicze, roześmiała się jeszcze głośniej. Zobaczyła, że Robb równa się z nią i chciała przyśpieszyć, ale poczuła, że jej koń nie daje już rady. Prychnęła. No, dalej, koniku, jeszcze trochę — pomyślała i przejechała przez bramę.
— Wygrałam! — krzyknęła.
— Przegrałaś! — powiedział radośnie Robb i zatrzymał się.
— Wygrałam, nie znasz się — odparowała i odetchnęła głęboko. Gardło miała zdarte od śmiechu, a spocone włosy zwichrowane od wiatru, opadały beztrosko. Zsiadła z konia.
— Przepraszam. — Przez bramę przejechał jakiś młody rycerz, którego Queenie wzięła za ser Edmure’a Tully’ego. Zsiadł z konia i opadł na jedno kolano.
— Wasza Miłość. Miło cię widzieć, lady Lannister — zwrócił się do Queenie.
— Dzień dobry, ser. — Dziewczyna uśmiechnęła się blado.
Nie miała cienia wątpliwości, że ser Edmure nie chce jej tu widzieć. I cała reszta północych lordów. Większość najchętniej zobaczyłaby głowę Jaime’a, a przy okazji jej na murze w Riverrun. Jej dobry humor prysł jak bańka mydlana. Mimo to nadal uśmiechała się uprzejmie. W końcu co innego mogła zrobić?
Robb wyczuł zmianę nastroju Queenie. Spojrzał z niemym wyrzutem na ser Edmure’a. Wiedział o co mu chodzi. W ogóle gdyby nie mama, większość lordów na pewno z chęcią zabiłoby ser Jaime’a na jego oczach. Życie absolutnie nie było sprawiedliwe.
Chwycił dziewczynę za rękę i przyciągnął do siebie.
Nie wiedział, kiedy się w niej zakochał i przestał traktować tylko jak przyjaciółkę. Zanurzył twarz w jej srebrzystych włosach. Pachniała wiatrem, deszczem i… miętą. Chciał ją pocałować i kochać się z nią tu i teraz.
Dlatego odsunął się i puścił jej dłoń.
— Pójdę już, Wasza Miłość — powiedziała w końcu Queenie. Gdyby potrafiła się rumienić, na pewno by to zrobiła. Czuła, jak przyjemne ciepło rozchodzi jej się po ciele. Nie, stop — pomyślała. Nie wolno ci tak myśleć, nie wolno.
Zebrała się w sobie. Właściwie nie miała po co zostawać. Na żadnej radzie raczej nikt nie chciał jej widzieć. W Królewskiej Przystani – przynajmniej dopóki Namiestnikiem był Jon Arryn, a potem lord Eddard – lubiła brać udział w każdym zebraniu Małej Rady. Teraz, żeby Queenie mogła usiąść w radzie Robba, musiałaby chyba za niego wyjść. Co oczywiście jest nierealne. Przynajmniej na razie. Przynajmniej dopóki ta cholerna wojna się nie skończy. Jeśli wygrałby Robb, musiałaby go ubłagać, żeby darował życie jej matce, Jaime’owi i Tyrionowi. Jeśli wygrałaby jej matka, to Queenie musiałaby ubłagać ją, żeby darowała życie Robbowi i jego rodzinie.
Queenie westchnęła, przyklękła przed Robbem i ukłoniła się lekko ser Edmure’owi. Powoli ruszyła w kierunku zamku, nie oglądając się za siebie.
***
    Woda była gorąca, zbyt gorąca. Queenie pisnęła cicho i już miała wołać służkę, by to jakoś zmieniła, ale powstrzymała się. Nie była ani w Królewskiej Przystani, ani w Casterly Rock. W Riverrun nawet zwykłe służki jej nienawidziły. Dziewczyna mimo wszystko zanurzyła się w wodzie i zagryzła zęby. Gorąco przenikło ją od góry do dołu. Westchnęła cicho, przymknęła oczy i zamoczyła włosy, i twarz. Kiedy się wynurzyła, poczuła przenikające zimno.
    Queenie osuszyła się ręcznikiem i wycisnęła wodę z włosów, która szybko zaczęła skapywać na płytki. Założyła jedwabny szlafroczek i wróciła do komnaty. Usiadła tuż przy kominku, by włosy szybciej wyschły. Cieszyła się, że je ścięła. Wprawdzie bardzo lubiła swój długi, piękny warkocz, ale był bardzo niepraktyczny.
    Wstała i wyszła z komnaty. Wiatr w hallu był zimny, aż Queenie poczuła dreszcze. Po kilku chwilach doszła do drzwi komnaty Robba. Zawahała się chwilę, ale w końcu zapukała. Kiedy usłyszała ciche proszę, delikatnie uchyliła drzwi.
    — Hej — powiedziała Queenie.
    — Hej. Queenie, przepraszam cię za…
    — Nie przepraszaj — westchnęła. — Ile razy słowo przepraszam padło dzisiaj od nas obojga?
    — Nawet nie wiesz, za co chcę cię przeprosić — odpowiedział cicho Robb.
    — Tylko mi nie mów, że za pocałunek.
    Robb podszedł do niej i wziął ją za ręce.
    — Nie za pocałunek — wyszeptał. — Za Edmure’a. Queenie, może mi wreszcie powiesz kto cię uderzył?
    Queenie pokręciła głową. Sama nie wiedziała, dlaczego nie chce nikomu o tym powiedzieć. Oczywiście jej matka była ślepa i nic nie widziała albo nie chciała zobaczyć, ale Tyrion zauważył od razu. Queenie nic mu nie powiedziała. Zresztą po co? Sansa miała o wiele gorzej. Wprawdzie Queenie za nią nie przepadała, ale nigdy nie życzyła jej źle. Nie potrafiłaby.
    — Nieważne — powiedziała w końcu Queenie. — Robb, Sansę… Sansę to spotykało częściej. Nie wiem, czy dalej, czy… Nie wiem, przepraszam. Przepraszam, że potrafiłam jej ochronić. Przepraszam, że…
    Robb zatkał jej usta pocałunkiem. Queenie przez chwilę próbowała się wyrwać, ale w końcu dała za wygraną. W końcu sama zaczeła go całować. Uśmiechnęła się.
    Tej nocy pozwoliła mu na więcej.
    Na dużo więcej.
    W sumie na wszystko.


Miłego dnia!
Mila